Weksel jest papierem cennym. Ustanawia zobowiązanie bezwarunkowe, niezależne od jakiegokolwiek zdarzenia. Ustala dług pieniężny, ściśle określony co do sumy. Zawiera abstrakcyjną obietnicę zapłaty. Obietnicę jednostronną w której wierzyciel ma jedynie prawa, a nie obowiązki. Jest przeważnie papierem obiegowym na zlecenie. Musi zadość czynić pewnym warunkom formalnym, a przede wszystkim zawierać wzmiankę, iż jest wekslem. Zobowiązuje ‘wekslowo’ wszystkie osoby, które się na nim podpiszą.

Pisanie? To niepotrzebne…

Podobno już za 2 lata Finowie chcą zaprzestać uczenia swoich dzieci odręcznego pisania. Powód? Wszystko można napisać na klawiaturze komputera.

Zapewne jak spowszednieją kieszonkowe skanery do czytania, to i uczenie tej umiejętności Finowie zaprzestaną ;) W linkowanym materiale Faktów TVN jakaś polska pani psycholog, tudzież pedagog (wypowiedź nie była na tyle wartościowa, aby przewijać i zwracać uwagę kto to powiedział) stwierdziła, że zaoszczędzony na nauce pisania czas można przeznaczyć na zajęcia plastyczne i ruchowe (zobrazowane kadrem, jak dwóch chłopców gra „na piłkarzykach”).

Kiedy rok temu poszedłem na rozpoczęcie roku szkolnego mojego syna, jeden z rodziców, oceniając negatywnie tak zwane minimum programowe powiedział obrazowo, że jest to „ziszczenie marzeń Hansa Franka na temat zidiocenia Polaków, którzy mieli umieć liczyć do dziesięciu i czytać w podstawowym zakresie”.

Dlatego pomysł wydaje się absurdalny, ale po przyjrzeniu się mu, ma swoje zalety. Właściwie nie ma istotnych powodów ku temu, aby każdy umiał czytać i pisać. Ba, może to nawet przeszkadzać. Potem jeden z drugim podpiszą weksel, albo nawet udadzą się do notariusza i „nieświadomie” sprzedadzą swoje mieszkanie, bo wydaje im się, że umieją czytać. Ale samo składanie liter w wyrazy, a wyrazy w zdania to jeszcze za mało. Nieraz przekornie twierdziłem, że powszechna alfabetyzacja to koło zamachowe powszechności oszustw – nauczyć niektórych pisać i czytać to jak dać małpie brzytwę – sobie lub komuś w końcu krzywdę zrobi.

Ile człowiek się musi nauczyć, aby wykazać swoją inteligencję. Kiedyś wystarczyło technikum, potem szkoła średnia, następnie studia zakończone tytułem magistra. A teraz ledwo doktorat może świadczyć o tym, że ktoś rzeczywiście należy do elity intelektualnej, a nie po prostu zaliczył magistra siłą szkolnej inercji (bo akurat pracy nie miał i na jakieś studia trzeba było iść).

Niewątpliwie przydałby się reset systemu, bo dalszy jego rozwój prowadzi donikąd. Zaprzestać nauczania pisania i czytania. Wówczas czytać i pisać będą umiały dzieci elity. I te dzieci z biedoty, którym naprawdę zależy. Jak za 100 lat spotkam Fina i będzie się umiał podpisać, będę wiedział, że mam do czynienia z człowiekiem na poziomie.

Zanik umiejętności pisania i czytania musiałby doprowadzić do znacznego uproszczenia zawieranych umów. Nie byłoby szans, aby tworzyć „nastostronicowe” umowy kredytowe zapisane małym druczkiem, skoro prawie nikt tego nie przeczyta. Proste i krótkie umowy wpłynęły by na uporządkowanie międzyludzkich finansowych relacji. „Za miesiąc tysiąc złotych oddajesz” – to wyrażenie zrozumiałe dla każdego. Trochę więcej zarobią notariusze, przed którymi takie umowy, tudzież weksle, będą przez niepiśmiennych zawierane. Akurat jak spojrzeć na historię, to więcej weksli było w czasach, kiedy ludzie mniej umieli pisać i czytać.

Nikt nie czyta, to odpada problem klauzul niedozwolonych – kontrakty mają być tak proste, aby zrozumiał je niepiśmienny chłop lub jego kieszonkowy komputer – nie będzie w nich miejsca na prawnicze niuanse. Krowa – weksel – zapłata.

Bo teraz mamy absurdalne czasy – czytać i pisać umie każdy. I każdy umie złożyć podpis pod zobowiązaniem. Ale jak przychodzi co do czego, to zobowiązany wymiguje się – że nie rozumiał, że nie chciał. To może lepiej nie tracić pieniędzy na naukę jego czytania? Jak będzie chciał, to się nauczy. I może to doceni.

Komentarze

  1. Hmm teraz już wiem dlaczego NOKIA się zwija ;)

  2. Choć poruszony na wstępie temat jest nieco inny, to jednak naprowadził mnie na pewną rozmowę z moim kolegą Robertem jeszcze w czasach wczesnoszkolnych. Pamiętam, jak proponowałem jemu pójść nad jezioro popływać. On wówczas odpowiedział, że nie umie pływać. Ja zasugerowałem, żeby zaczął się uczyć. On powiedział, że pływanie nie jest jemu do niczego potrzebne. Wtedy powiedziałem, że kiedyś może się przydać. On dalej twierdził, że na pewno nie. Po latach dowiedziałem się, że został żołnierzem marynarki wojennej. Aż strach pomyśleć, co będzie, jak Finom przydarzy się coś takiego, jak nam w czasie ostatnich wyborów :-)

  3. To ja jeszcze dodam wspomnienie z czasów szkoły podstawowej (już z tej starszej części) jak to dziwiłem się, że jeden kolega nie zna się na zegarku ze wskazówkami, a jedynie na cyfrowym zegarku elektronicznym. Zbytnie zdanie się na postęp technologiczny tworzy ze społeczeństwa wręcz osoby kalekie intelektualnie.

Napisz komentarz

*