Weksel jest papierem cennym. Ustanawia zobowiązanie bezwarunkowe, niezależne od jakiegokolwiek zdarzenia. Ustala dług pieniężny, ściśle określony co do sumy. Zawiera abstrakcyjną obietnicę zapłaty. Obietnicę jednostronną w której wierzyciel ma jedynie prawa, a nie obowiązki. Jest przeważnie papierem obiegowym na zlecenie. Musi zadość czynić pewnym warunkom formalnym, a przede wszystkim zawierać wzmiankę, iż jest wekslem. Zobowiązuje ‘wekslowo’ wszystkie osoby, które się na nim podpiszą.

„Zapłacę w terminie od-do” to nieważny weksel

weksel dwie daty
To już cztery lata minęły (ach, jak dużo czasu potrzeba, aby sąd rozpatrzył tylko w jednej instancji z gruntu proste zarzuty) jak opisywałem początek sprawy powyższego weksla, do którego najważniejszym zarzutem było przerobienie jego tekstu.

Warszawski sąd rejonowy oddalił właśnie powództwo z tego weksla. Uzasadnieniem oddalenia był fakt, że weksel posiadał dwa terminy płatności, a zatem był wekslem nieważnym. W toku postępowania (prokuratorskiego, ponieważ sąd zgłosił sprawę do prokuratury pod pretekstem fałszerstwa dokumentu) ustalono, że dopiski „W terminie…” oraz data z 2009 roku pochodzą od posiadacza weksla, który w ten sposób prawdopodobnie chciał uniknąć zarzutu przedawnienia – pozostawienie samej daty płatności z 1999 roku rodziłoby bowiem taki skutek.
Wyrok uznaję za słuszny, przy czym na miejscu sądy wydałbym go już na pierwszej rozprawie – kilka lat temu :)

Iura novit curia? Czy sąd zna prawo?

Są takie chwile, kiedy wszystkie witki opadają po otrzymaniu listu z sądu, i aż się chce sparafrazować popularne powiedzenie „Ach, jak małą ilością mądrości jest rządzony ten świat” w odniesieniu do… sądzenia.

Jeszcze w pamięci mam wybryki pleszewskiego sądu, dla którego przedłożony poprawny weksel to było za mało, aby mieć podstawę nie tylko do wydania nakazu zapłaty, ale w ogóle do zasądzenia roszczenia, czy też drobne potknięcie jednego z sądów, który sam z siebie nie wiedział z czego wynika solidarność zobowiązania dłużników wekslowych, i gdy myślałem, że nic mnie już nie zdziwi – tak znów zostałem zaskoczony, tym razem sądem w Gdyni, który odmawia wydania nakazu zapłaty, z uwagi na „brak dowodu przedstawienia weksla do zapłaty”.

nieprzedstawienie-wezwanie
Z pozoru żądanie wygląda logicznie – sąd, chcąc zasądzić odsetki od daty przedstawienia weksla do zapłaty, chce mieć dowód dokonania takiego przedstawienia. Tylko że wygląda na to, że sąd nie do końca wie na czym polega przedstawienie weksla do zapłaty, oraz co się działo w tym temacie w dotychczasowych orzeczeniach sądów oraz poglądach komentatorów do prawa wekslowego gdzieś tak w ostatnich stu latach, jeśli nie więcej.

Jakkolwiek zgodziłbym się ze stanowiskiem sądu, gdyby powód w pozwie jawnie przyznał, że weksla do zapłaty nie przedstawił – bowiem wówczas z samych opisanych przez wierzyciela okoliczności wynikałoby, że roszczenie jest przedwczesne, to w tym przypadku w pozwie powód prawidłowo oświadczył, że weksel w terminie jego płatności został przedstawiony do zapłaty. Samo żądanie sądu jest błędne przynajmniej z trzech powodów.

Po pierwsze, na etapie wydawania nakazu zapłaty takie oświadczenie ze strony powoda jest wystarczające. Zważywszy na fakt, że przedstawienie weksla do zapłaty nie przybiera „formy pisemnej”, tylko polega na dokonaniu odpowiednich czynności – czyli pójściu z wekslem w terminie płatności do miejsca jego płatności i okazanie go wystawcy, czy nawet na samej obecności wierzyciela w miejscu płatności, podczas gdy dłużnika tam nie zastano – nie sposób sobie wyobrazić innego „dowodu” na przedstawienie weksla niż taki, że powód oświadcza, że weksel do zapłaty przedstawił.

Po drugie, ewentualne nieprzedstawienie weksla do zapłaty może być przedmiotem zarzutu ze strony pozwanego. Jeśli zatem sąd, nie proszony o to przez pozwanego, sam z siebie podnosi wobec roszczenia wysuwanego w pozwie zarzuty, których podnoszenie jest przywilejem pozwanego, naraża się na zarzut nierównego traktowania stron procesu.

I w końcu po trzecie – ciężar dowodu zarzutu nieprzedstawienia weksla do zapłaty spoczywa na tym, kto taki zarzut składa. Zatem to nie powód jest zobowiązany do przeprowadzenia dowodu przedstawienia weksla do zapłaty, tylko zarzucająca to strona jest zobowiązana do przeprowadzenia dowodu na okoliczność nieprzedstawienia weksla do zapłaty.

Pomijając już fakt, że wspomniany w piśmie art. 38 prawa wekslowego nie stanowi, że „nieprzedstawienie weksla do zapłaty rodzi skutek w postaci utraty możliwości dochodzenia odsetek”. Skutku takiego doszukiwałbym się w innych przepisach.

Powód złożył pismo z wyjaśnieniem tych zawiłych kwestii – czy skutecznie – to się okaże ;)

Fałszywe wyroki u komorników, kolejna dęta afera

Co ma wspólnego sprawa fałszywych wyroków ze sprawami afer wekslowych? Wbrew pozorom wiele. W oby przypadkach dziennikarze nie umieją opisać sprawy, po wgłębieniu się w temat z afery zostaje niewiele, a prokuratura zatrzymuje nie tych, co powinna.

Na Onecie możemy przeczytać (mirror) o aferze polegającej na tym, że źli ludzie preparowali wyroki fałszywych sądów, kierowali sprawy do komorników, którzy egzekwowali wielomilionowe roszczenia z majątku polskich przedsiębiorców.

Pierwsze co rzuca się w oczy to fakt, że operacja w opisany sposób w ogóle nie powinna móc zajść. Czytamy bowiem, że:

Oszuści założyli fikcyjne międzynarodowe sądy arbitrażowe – jeden w Rydze, a drugi w Warszawie. Sądy te wydawały fikcyjne wyroki. Te trafiały do kancelarii komorniczych i na ich podstawie komornicy zajmowali mienie przedsiębiorców.

Ta opowiastka to bujda. Niemożliwe jest, aby mając wyrok sądu arbitrażowego, można było od razu na jego podstawie wszczynać egzekucję komorniczą – potrzebna jest jeszcze klauzula wykonalności nadawana przez polski sąd powszechny (taki z orzełkiem:)

CBŚP zatrzymało rzekomych wierzycieli i zadowolone, a tymczasem:

– niemożliwym jest, aby sprawa odbyła się tak, jak zostało to opisane, ponieważ nieprawdą jest, że komornik może działać na podstawie wyroku sądu arbitrażowego bez klauzuli wykonalności

– jeśli jednak komornik działał na podstawie wyroku bez klauzuli wykonalności, to dlaczego CBŚP nie chwali się zatrzymaniami komorników?

– jeśli jednak komornik działał na podstawie wyroku z klauzulą wykonalności, to dlaczego CBŚP nie chwali się zatrzymaniami sędziów nadających klauzulę wykonalności na wyroki nieistniejących sądów?

Jest jeszcze możliwość, że źli ludzie fałszowali również klauzule wykonalności, ale gdyby już dochodziło do takiego fałszerstwa dokumentu, to nie byłoby potrzeby „zakładać fikcyjnego sądu i wydawać fikcyjny wyrok”, bo wystarczyłoby tylko spreparować nawet polski tytuł wykonawczy.

Nie zdziwiłbym się, gdyby się w końcu okazało, ze wyroki były poprawne, roszczenia słuszne, a afera wzięła się z tego, że komuś się nie chciało bronić w czasie do tego przeznaczonym…

Weksle poznańskiej Akademii Sztuk Wizualnych

W Poznaniu toczy się sprawa karna, na pierwszy rzut oka podobna do kieleckich weksli. Dotyczy weksli in blanco wystawionych na rzecz remitenta, będącego właścicielem poznańskiej szkoły o nazwie Akademia Sztuk Wizualnych. Trzy lata temu pisała o tym Gazeta Wyborcza, do dnia dzisiejszego ostała się tylko kopia artykułu na forum wekslowym.

Z artykułu wynika, że daaaawno temu uczniowie wystawiali dla szkoły weksle in blanco na zabezpieczenie zapłaty czesnego, a teraz (to znaczy po kilkunastu latach) dostają wezwania do zapłaty. Sprawy były kierowane przez posiadacza weksli do sądu cywilnego, sąd nakazy zapłaty wydawał, ale że poszkodowanych jest niebagatelna liczba (około 150 osób), i każda z nich zarzeka się, że długu wobec szkoły nie miała, to zrobiła się z tego mała afera, zakończona przesłaniem aktu oskarżenia do sądu karnego, a zawieszeniem większości spraw cywilnych do czasu ustalenia czy ktoś tu jest „winny”.

Sąd przyjął podobną taktykę prowadzenia procesu jak w sprawie kieleckiej, to znaczy wszystkich, których udało się ustalić, że weksel podpisali, wzywa się przed sąd, gdzie zapewne zeznają, jak niewiele pamiętają. Zapewne – ponieważ oczywiście nie wsłuchałem się we wszystkie zeznania, tylko zadowoliłem się dzisiejszymi dwoma, aby mieć ogólny obraz „o co chodzi”.

I tak jedna z pań zeznała, że kiedyś do wspomnianej szkoły chodziła, czesne płaciła regularnie, ale po drugim roku szkołę rzuciła bez wypowiadania umowy w jakikolwiek sposób. Po kilkunastu latach z kancelarii adwokata Tomasza Święcha (to chyba ten pan, który kiedyś ubolewał, że jego nazwisko wiązane jest z oszustwami wekslowymi, poniekąd słusznie, bo trudno winić pełnomocnika, że tylko wykonuje polecenia klienta) przyszło wezwanie do zapłaty na rzecz wierzyciela wekslowego sumy dwóch tysięcy złotych.

Druga pani zeznawała podobnie, z tą różnicą, że dobrze pamiętała, że na rzecz szkoły wystawiało się weksel, a miała o tyle więcej szczęścia, że została wezwana przez policję zanim posiadacz zdążył użyć weksla w sprawie cywilnej.

Sprawa jest na pozór podobna do kieleckiej, ale w rzeczywistości ma mniejszy kaliber. Tam, w Kielcach, blankiety weksli był zapewne ordynarnie wykradzione z banku i podstępnie użyte. Tutaj – wierzycielem jest właściciel szkoły (był co prawda indos, ale z ojca na syna – tudzież odwrotnie – więc próba wykazania złej wiary lub rażącego niedbalstwa ma jakby trochę więcej szans na powodzenie), więc największy spór się toczy o to, czy roszczenie istnieje, i co najważniejsze – po zeznaniach tych dwóch świadków nie można wykluczyć, że nie. Świadek co prawda zeznała, że czesne płaciła regularnie, dopóki się uczyła, ale jednocześnie powiedziała, że szkołę porzuciła. Nie można zatem wykluczyć, że czesne mogło być naliczane również za okres, kiedy student nie uczęszczał już na zajęcia, ale był formalnie klientem Akademii. Najłatwiej byłoby się bronić w sprawie cywilnej uzupełnieniem weksla po przedawnieniu roszczenia podstawowego, ponieważ fakt ten jest tutaj raczej bezsporny.

We wrześniu będzie jeszcze jedna rozprawa, w październiku aż cztery dzień po dniu, czy jednak będzie na nich coś ciekawszego niż przesłuchiwanie poszkodowanych wystawców – trudno powiedzieć.

Jeśli wiesz coś więcej na ten temat, chętnie porozmawiam – w komentarzach lub w prywatnych mailach :)

(Dalsza część tej sprawy – wyrok I instancji)

Poręczenie poza ramką weksla, czyli gdzie?

Trafił od nas klient, będący remitentem weksla, po przegranej sprawie sądowej. Sąd odmówił mu zasądzenia należności z weksla od poręczyciela, uznając, że poręczenie znajduje się poza wekslem. Od razu miałem duże wątpliwości do takiej interpretacji.

Orzeczenie wyjątkowo niesłuszne i złośliwe, więc trzeba było zawalczyć w apelacji, tym bardziej, że kwota sporu niebagatelna. Oczywistym jest, że poręczenie musi się znajdować na wekslu lub na przedłużku, co wynika wprost z art. 31 prawa wekslowego. W niniejszej sprawie sąd okręgowy uznał jednak, że poręczenie, jako znajdujące się poza ramką narysowaną na wekslu, znajduje się poza wekslem.
weksel-poreczony-poza-ramka
W apelacji użyliśmy dość prostych w tych okolicznościach argumentów.

Po pierwsze – że mimo wszystko poręczenie znajduje się na wekslu. Weksel bowiem nie kończy się na ramce, tylko stanowi jako całość dokument składający się z kartki papieru, w którym ramka stanowi jedynie element ozdobny, tudzież ułatwiający nanoszenie klauzul.

Po drugie – nawet jeśli by przyjąć, że rzeczywiście „ramka kończy weksel”, to należy dojść do wniosku, że obszar poza ramką jest przedłużkiem weksla, czyli, jak ją opisują definicje – elementem trwale połączonym z wekslem, na którym można umieszczać niektóre elementy tego weksla, w tym i poręczenia.

Szczęśliwie dla remitenta warszawski sąd apelacyjny wydał prawomocny już od razu wyrok, zasądzający od poręczyciela sumę wekslową. Sąd podkreślił, że co prawda przytaczane przez poprzedni sąd orzecznictwo, z którego wynika, że nieważne jest poręczenie poza wekslem, jest co do zasady słuszne, dotyczyło ono jednak innej sytuacji, to znaczy takiej, kiedy ktoś chciał umieścić swoje poręczenie na deklaracji wekslowej, natomiast w tym przypadku zdaniem sądu (i moim:) poręczenie na wekslu się znajduje (przy czym w ustnym uzasadnieniu sąd nie rozwodził się zbytnio, czy mamy tutaj do czynienia z poręczeniem na wekslu, czy na jego przedłużku, zauważył tylko, że… „jeśli strony chciałyby zakończyć weksel na ramce, to by go tak wycięły” ;).

Remitentowi życzę powodzenia w egzekucji :)

Moje przemyślenia na temat brania dotacji z PARP

Na podstawie moich obserwacji przedsiębiorców biorących dotację z PARP mogę podzielić na trzy grupy – tych, którzy z tego żyją, tych, którzy traktują dotację pomocniczo, oraz tych, którzy na poważnie chcieliby rozwinąć swój główny interes z pomocą dotacji. Ci ostatni zasługują na miano samobójców.

Tym razem może mniej o wekslach. Już nie o wekslach in blanco w PARP. Niekoniecznie o tym, że weksle, które ktoś poręczy za swoją spółkę, będą istniały nawet wówczas, jeśli poręczyciel spółkę sprzeda, a jego poręczenie będzie nadal trwało. To też trzeba mieć na uwadze, jednakże kontakty z osobami, które zgłosiły się do mnie z wyżej wymienionymi problemami pozwoliły mi też na przyjrzenie się samej idei dotacji.

Najważniejszą rzeczą w prowadzeniu biznesu opartego na dotacji z UE jest… jego prowadzenie dokładnie ze złożonym wnioskiem i określonymi procedurami. Powtórzę: dokładnie. Dużo czasu mogło by zająć wymienianie absurdalności skutków takiego założenia, głównym efektem jest jednak to, że przedsiębiorca-beneficjent już nie prowadzi biznesu w ten sposób, aby uzyskać jak najlepsze wyniki finansowe, tylko w ten sposób, aby wypełnić założenia wniosku. I już nie chodzi o to, że na fakturze muszą się znaleźć odpowiednie logo, a jeśli dotacja jest na zatrudnienie menedżera ds. reklamy, to trzeba zatrudnić menedżera ds. reklamy, a nie managera ds. reklamy. Chodzi o fakt, że przedsiębiorca pozbywa się możliwości reagowania na sygnały z rynku. Jeśli dostałeś dotację na prowadzenie sklepu internetowego w kolorze niebieskim, to nie możesz zmienić koloru sklepu na czerwony, nawet jeśli przyniesie to wzrost przychodów, ponieważ 3 lata temu we wniosku nieopatrznie określiłeś, że sklep będzie miał ładne, innowacyjne, niebieskie tło. Jeśli w twoim sklepie miało się zarejestrować 1000 osób, to czasem musisz siedzieć i zakładać fikcyjne konta, byleby zmieścić się w zakładanych wskaźnikach.

W związku z tym można zaobserwować trzy rodzaje przedsiębiorców biorących dotację.

Po pierwsze – tych, którzy z tego żyją. Powodzenie biznesu to sprawa drugorzędna, choć oczywiście jej się nie wyklucza. Jednakże głównym celem jest rozdysponowanie otrzymanych środków po podwykonawcach. Im nie przeszkadza to, że będą latami prowadzili biznes bez możliwości jego ulepszenia, ponieważ to nie sukces rynkowy jest celem biznesu.

Drugich – tych, którzy traktują dotowane przedsiębiorstwo pomocniczo. Na przykład: Może i strona z katalogiem jachtów nie jest najlepsza, ale przynajmniej jest prowadzona zgodnie z wnioskiem, a w tej stronie zawsze się da wkleić reklamy kierujące do właściwych, niedotowanych już, biznesów przedsiębiorcy.

Trzecich – tych, którzy myśleli, że to wszystko na poważnie i zechcieli prowadzić swój główny biznes w oparciu o dotację. Duża część z nich obudzi się z ręką w nocniku, gdy pod rygorem ogromnej kary finansowej (polegającej na zwrocie dotacji z odsetkami; dotacji, której przecież nie wzięli do kieszeni, tylko uczciwie wydali na wynagrodzenia, zakupy, usługi…) będą zmuszeni do prowadzenia nierentownego biznesu, i to bez możliwości poczynienia w nim nawet mało istotnych zmian mogących poprawić rentowność.

Moje zdanie jest takie – jeśli chcesz i potrafisz robić dobre wnioski o dotację i z tego chcesz żyć – bardzo dobrze, baw się dalej. Jeśli myślisz o dotacji jako o możliwości rozwinięcia swojego biznesu – to już chyba najgorsza pożyczka lichwiarska byłaby lepsza niż dotacja z Unii.

Wyrolowany

Przez dwa lata sąd prowadził sprawę po zarzutach pozwanego z weksla. Potem stwierdził, że była ona pomyłką, i zarzuty odrzucił. Pozwany do tej pory nie zdaje sobie z tego sprawy.

Często narzekam na sądy, że same sobie robią niepotrzebnie robotę, już nie mówiąc o tym, że szkodzą stronie próbującej dochodzić swojego roszczenia. Nie wydawanie nakazów zapłaty w postępowaniu nakazowym, tylko upominawczym, czy wręcz kierowanie postępowania od razu na rozprawę. O sytuacjach, gdzie nie można mówić tylko o braku dobrej woli sądu, ale o zwykłej ignorancji, już pisałem.

Sprawa z tego weksla wydawała się być czystą i typową. Remitent miał pieniądze i nie miał gdzie ich wydać. Wystawca pieniędzy nie miał, a wydatki owszem. Umówili się zatem, że jeden drugiemu przekaże pieniądze, w zamian za weksel zupełny. Trudno sobie wyobrazić bardziej przejrzystą sytuację. Za otrzymaną gotówkę zadowolony wystawca własnoręcznie w całości wystawił weksel:

weksel

Jak to zwykle bywa, wystawca otrzymawszy pieniądze żadnych zastrzeżeń nie ma, jednak jak musi je spłacić, wówczas stara się wynaleźć najróżniejsze zarzuty, bez względu na to, na ile mają one odbicie w rzeczywistości. Tak było i tym razem. Pozwany udał się do adwokata, który pewne rzeczy mu doradził. W postępowaniu sądowym wystawca pokazywał dowody wpłat, pochodzące sprzed daty wystawienia weksla. Pokwitowania były oczywiście prawdziwe, bo już wcześniej wystawca był remitentowi coś winien, siłą rzeczy jednak nie mogły dotyczyć tego weksla, nie sposób bowiem spłacić weksel przed jego wystawieniem. Drugim doradzonym przez adwokata zarzutem był zarzut wypełnienia weksla niezgodnie z zawartym porozumieniem, przy okazji wymyślenia bajeczki o jakież to porozumienie mogło chodzić. Tutaj też ten ukryty pomocnik (bo w sprawie nie występował) poszedł po linii najmniejszego oporu i nie zauważył nawet, że weksel ten nigdy wekslem in blanco nie był, a na dodatek został w całości wypisany ręką wystawcy, zatem zarzut, że czynu wypełnienia dokonał ktoś inny brzmiał dość absurdalnie.

Sąd – siłą rzeczy – musiał się z całą powagą pochylić nad zarzutami, i tutaj żadnych wyrzutów mu za to robić nie możemy. Czasem jednak razi to, że zbytnio dba się o interes jednej ze stron. Na przykład to, że jeśli pozwany pisze, że roszczenie spłacił, i przedstawia dowody wpłat sprzed daty wystawienia weksla, to powinno się przejść nad tym do porządku dziennego i w wyroku dowody te uznać za nieistotne. W zamian sąd usilnie chciał przesłuchać pozwanego (który na rozprawy się nie stawiał), motywując to w ten sposób, że „skoro pozwany pisze, że spłacał, to trzeba by go przesłuchać na okoliczność tego, czy spłacał”). Efekt był taki, że daleki sąd zamiejscowy w ramach pomocy prawnej przesłuchał pozwanego. Czyli prawie rok sprawy w plecy.

Jak już wszystkie czynności zostały przeprowadzone, i powoli mijały 2 lata trwania sprawy, powód nieśmiało zauważył sądowi, że dobrze by było, gdyby pozwany uiścił opłatę od zarzutów, a nawet aby sąd wezwał go do jej uiszczenia, bowiem ta niepozorna czynność formalna nie została przez sąd dokonana.

Dalej poszło z górki: sąd wezwał o uiszczenie opłaty od zarzutów, pozwany nie odebrał wezwania, sąd na rozprawie odrzucił zarzuty, a pozwany do tej pory pewnie nie wie co się stało; dowie się dopiero wtedy, kiedy przyjdzie do niego komornik, albo gdy po bardzo długim czasie zechce się w końcu dowiedzieć z akt, co się w jego sprawie dzieje. W systemie sądowym sprawa po zarzutach została wykasowana jako „omyłkowo założona”.

Co jeszcze bardziej przebiegłe – na wszelkie środki odwoławcze jest już za późno. Teoretycznie pozwany mógłby twierdzić, że nie odebrał listu z wezwaniem, ponieważ Inpost źle awizował przesyłkę (co mogło by być nawet skuteczne, gdyby tak rzeczywiście było). Samo odrzucenie zarzutów odbyło się jednak na rozprawie, i tutaj pozwany już we własnym interesie mógł dowiedzieć się co się na tym terminie wydarzyło, pod rygorem upłynięcia terminu na złożenie zażalenia na odrzucenie zarzutów.

Jak pozywasz – to najpierw mediuj (albo choć udawaj)

Na przełomie roku pisałem o kilku zmianach w prawie i procedurze, a jedną z nich był obowiązek wskazywania w pozwie informacji, czy strony podjęły próbę mediacji, a jeśli nie, to dlaczego.

Jeszcze w styczniu widziałem w sądzie pozwy przechodzące bez spełnienia tego warunku formalnego.

Ale później sądy już się nauczyły i w przypadku takich wybrakowanych pozwów zaczęły wzywać do uzupełnienia braków:

mediacje
(jak widać, jeszcze tylko małe poprawki ortograficzne, i wezwanie byłoby idealne;)

Wiadomym jest, że nikt nikogo nie pozywa dla samej przyjemności, a nawet największy pieniacz wolałby dostać pieniądze bez konieczności angażowania sądu. Wiadomo też, że jeśli już jednak sprawa trafia do sądu, to znaczy że do porozumienia między stronami nie doszło i ktoś nie chce zapłacić. Również oczywistym jest, że dla wierzyciela lepiej jest mieć w ręku nakaz zapłaty w postępowaniu nakazowym, i może wówczas mediować, niżby mediować przed wytoczeniem powództwa. Z tego wszystkiego można wyciągnąć wniosek, że mediacja przed wytoczeniem powództwa, przynajmniej w sprawie roszczenia wekslowego, jest potrzebna powodowi jak psu piąta noga.

Z drugiej strony przepis nie nakazuje nawet przeprowadzenia próby mediacji, trzeba jednak podać informację, dlaczego do takiej próby nie doszło.

Aby się zbytnio nie rozwlekać, zaproponowałem kilka przykładów, do dostosowania do konkretnej sytuacji:

„Do próby mediacji nie doszło, ponieważ pozwany kategorycznie odmówił zapłaty za weksel z uwagi na brak środków.”

„…ponieważ pozwany unikał kontaktu”.

„…ponieważ pozwany nie przedstawił propozycji mogącej być przedmiotem dalszego rozważenia”.

i tym podobne, dostosowane jak najlepiej do stanu faktycznego.

Dajcie znać, jakie wy stosujecie uniki mediacyjne ;)

Weksle w „Żabce”

Czy macie jakieś doświadczenie z wekslami podpisywanymi dla sieci Żabka?

Z jednej strony w internecie, jak to w internecie, można znaleźć opinie osób, które czują się oszukane przez tę sieć.

Z drugiej strony – miałem niedawno styczność z dwoma takimi sprawami i nic nadzwyczajnego w nich nie było. W jednej dłużnik skarżył się, że Żabka żąda od niego zapłaty po półtora roku od zamknięcia sklepu, a ponadto nie do końca wie, czy żądana suma jest zasadna. Ponoć system Żabki jest dość zinformatyzowany, rozliczenia są skomplikowane, i samodzielnie dojść do rzeczywistego zadłużenia nie można. Druga sprawa polegała na tym, że poręczyciel pogorszył swoje stosunki z osobą, za którą poręcza, i z poręczenia chciał zrezygnować. A, jak wiadomo, co się poręczy, to się już nie „odporęczy” :)

Z trzeciej strony – Żabka żąda podpisywania weksli in blanco w wersji „tylko podpis, żadnej treści” i z klauzulą „na zlecenie”, co samo w sobie powinno być uznane za nieuczciwe praktyki handlowe. Na dodatek pan prezes Krzysztof Andrzejewski tutaj próbuje nas przekonać, że „Jest to zabezpieczenie przewidziane prawem obowiązującym od 1936 r., a nie żaden „straszak” ani „kontrowersyjne rozwiązanie”, jak próbuje się sugerować” – co jest dowodem albo jego ignorancji, skoro nie potrafi sobie wyobrazić niebezpieczeństwa wynikającego z wystawienia weksla in blanco w takiej wersji, albo tak zwanego „rżnięcia głupa”, kiedy niebezpieczeństwo jest mu znane, ale nie obchodzi go to, bo ajenci Żabki podpiszą wszystko. Bez względu na to, czy jest to ignorant, czy cynik, są to wystarczające powody, aby weksla in blanco dla takiego podmiotu nie umiejącego się z wekslami obchodzić nie wystawiać.

Jeśli chcecie, opiszcie swoje przygody z Żabką w komentarzu lub na forum.

O jednym oszuście w „Polityce”

W tegotygodniowym wydaniu tego tygodnika na str. 42 Violetta Krasnowska opisuje kilka przekrętów przy użyciu weksla. I przy użyciu sądu.

Sfałszowany (od treści do podpisu) weksel składany jest do sądu, gdzie powód podaje błędny adres pozwanego. Mimo to sąd nadaje potem klauzulę wykonalności, nie sprawdzając po peselu pozwanego, że adres wskazany przez powoda jest nieprawdziwy. Przekręt wekslowy? Bynajmniej. Oszustwo możliwe do wykonania nawet w e-sądzie bez posiadania żadnych dokumentów. Tutaj dał ciała sąd, nadając klauzulę wykonalności w sytuacji, kiedy nie doszło do skutecznego doręczenia pozwu (a błąd ten powinien był być przez sędziego wychwycony, po coś przecież sądy do bazy pesel dostęp mają…)

Ciąg dalszy – policja w Wołowie zamiast prowadzić sprawę wobec powoda jak zbrodnię (w końcu za sfałszowanie weksla grozi do 25 lat pozbawienia wolności, prowadzi ją tylko jak występek (? – byłbym ostrożny w dosłownym traktowaniu użytych terminów, w innym miejscu dziennikarka błędnie używa słów „protest wekslowy” w znaczeniu „zarzuty do nakazu zapłaty”), na domiar złego umarza sprawę, ponieważ… nie może znaleźć kontaktu z fałszerzem…

Ten sam oszust rzekomo „wyłudza” od ludzi podpisy na wekslach – za obietnicę pracy (w czasie procesu rekrutacyjnego), za obietnicę oddłużenia (w ramach pomocy finansowej), czy jako dokument podpisywany przy sprzedaży samochodu (przez sprzedawcę!). Z obietnic nic nie wychodzi, a weksle do zapłaty się pojawiają.

Wnioski są dwa:

1) sądy, mimo że mają do tego odpowiednie narzędzia, nie sprawdzają, czy adresy pozwanych podawane przez powodów w pozwach są prawidłowe. Gdyby sąd uczynił zadość tej procedurze, nie doszło by do nadania klauzuli wykonalności na nakazie wydanym na podstawie w całości sfałszowanego weksla, w sytuacji kiedy pozew został wysłany pod zmyślony adres,

2) osoby mające zdolność do czynności prawnych lekce sobie ważą znaczenie swojego podpisu, składając je na dokumentach in blanco, czy nawet czystych kartkach papieru, przez co dają pole do oszustw polegających na preparowaniu weksli oraz innych dokumentów z oryginalnym podpisem, ale z treścią daleko odbiegającą od woli osoby podpisanej.

SCAN_20160220_101659638

SCAN_20160220_101659638_001

Działanie wierzyciela na własną niekorzyść

Miałem okazję przyjrzeć się problematycznej wierzytelności jednego z przedsiębiorców. Zwykłe roszczenie z tak zwanego kredytu kupieckiego, czyli odroczonej płatności za dostarczone towary. Aż się prosi, aby do tego celu zastosować weksel (parafrazując Kononowicza – „od tego on jest”). Ale już pozostawiając na uboczu pytanie dlaczego wierzyciel nie wybrał lepszego sposobu, czytając warunki ograniczające wierzyciela aż mi ostatnie włosy dęba na głowie stawały ze zdziwienia – jak można się było na coś takiego godzić. Chyba tylko z niewiedzy lub z braku spostrzegawczości.

Oto bowiem dłużnik swoje zamówienia na zakupy na kredyt wystosowywał faksem, tudzież skanem, stosując swój własny formularz zamówienia, ładnie się pod nim podpisując i opieczętowując. Jeśli by jednak ktoś myślał, że takie ładne pismo potem ułatwi odzyskanie zapłaty, to się może czasem zdziwić.

Pośród wielu wyglądających na neutralne zapisów można było znaleźć takie oto dwa „kwiatki”:

niekorzystne 1

niekorzystne 2

Co my tutaj mamy?
Zakaz cesji wierzytelności połączony z właściwością sądową ustanowioną wedle siedziby dłużnika, a nie wierzyciela.

Z powyższych zapisów wychodzą dwie praktyczne konsekwencje dla wierzyciela.

Po pierwsze – wierzytelności tej nie zbędzie przez cesję. A trzeba zauważyć, że cesja może istotnie usprawnić proces odzyskiwania wierzytelności – czy to przez to, że wiele firm windykacyjnych działa po uprzednim dokonaniu na nich cesji wierzytelności, czy choćby przez to, że znajdując dłużnika naszego dłużnika możemy mu sprzedać (dokonać cesji) naszej niezapłaconej wierzytelności otrzymując w zamian zapłatę pomniejszoną jedynie o umówione dyskonto.

Po drugie – ewentualny spór sądowy będziemy musieli prowadzić nie w sądzie w naszym mieście, tylko w sądzie w mieście dłużnika.

Zważywszy na fakt, że kwota wierzytelności była rzeczywiście niewielka, nadto że miasto dłużnika było istotnie daleko od miasta wierzyciela, mogłoby się okazać, że koszty samego fizycznego prowadzenia sprawy sądowej mogły by przekroczyć wartość wierzytelności.

I tak się zastanawiam, dlaczego ten ogon (dłużnik) tak machał psem (wierzycielem)? Może czasem warto zadbać o swój interes wierzycielu? Uwaga – przed! udzieleniem kredytu…